Kategorie: Wszystkie | Komentarz | Politologia | Polska | Polska i świat | Świat
RSS
sobota, 16 maja 2009
Wałęsa przeciw hegemonii
Lech Wałęsa po raz kolejny ujawnia niezwykły polityczny zmysł. To właśnie on, a nie jego krytycy, potrafi zrozumieć wyzwanie, jakim jest pojawienie się paneuropejskiego ruchu Libertas.

Nie sądzę, by Lech Wałęsa należał do grona czytelników książek Chantal Mouffe. Jednak jego zachowanie (a także towarzyszący mu opis) w sytuacji pojawienia się antyestablishmentowego ruchu Declana Ganleya jest przykładem realizacji koncepcji belgijskiej politolożki. To właśnie ona wskazuje, że błędem jest wypieranie ze sfery dyskursu aktorów, których określa się mianem "populistów" czy "ekstremistów". Wałęsa swoim postępowaniem doprowadza do inkluzji krytyków Unii Europejskiej w jej obecnym kształcie, uznając ich prawomocność do zaprezentowania odmiennego poglądu.

Nie dziwi zarazem strach zwolenników dotychczasowej metody integracji europejskiej. Była ona zaordynowana odgórnie, co oczywiście nie oznacza, że szła pod prąd opinii społecznej włączanych do Unii krajów (czego dowodem referenda akcesyjne). Brakuje w niej jednak nadal mechanizmów demokratycznych, a te istniejące bywają nierespektowane. Jak bowiem inaczej określić przeprowadzanie referendów "do skutku", jak dzieje się to w przypadku Irlandii?

Zwolennicy dzisiejszego modelu integracji oczywiście mają rację, obawiając się, iż dopuszczenie krytyków status quo do głosu oznacza znaczące spowolnienie procesu zjednoczenia. Jednak mylą się, jeżeli sądzą, że odmówienie im równouprawnienia w debacie na temat kształtu Unii przysłuży się integracji europejskiej. Doświadczenie uczy, że działanie takie prowadzić może tylko do eskalacji konfliktu.

Libertas jest wyzwaniem rzuconym "represyjnej tolerancji" euroentuzjastów. Lech Wałęsa doskonale to rozumie, a antysystemowy pierwiastek jego osobowości każe mu po raz kolejny zabrać głos po stronie tych, którzy nie zgadzają się z dominującą wizją.
15:27, imponderabilium , Polska i świat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 kwietnia 2009
Róża Maria Gräfin von Thun und Hohenstein... of Ulm!
Dylematy krakowskiej kandydatki PO do Parlamentu Europejskiego obrażają wyborców tej partii. Czy naprawdę na inteligenckie ugrupowanie głosują ludzie, których zdezorientuje pełne brzmienie nazwiska na karcie do głosowania?

Życie po raz kolejny staje się naśladownictwem telewizji.

00:10, imponderabilium , Komentarz
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 lutego 2009
Tusk się gubi
- Są rzeczy, o których wiemy, że wiemy. Są znane niewiadome, to znaczy, że są rzeczy, o których wiemy, że nic nie wiemy. Ale są również nieznane niewiadome - rzeczy, o których nie wiemy, że o nich nie wiemy.

Powyższa refleksja to oczywiście popis retoryczny autorstwa nieocenionego Donalda Rumsfelda, sekretarza obrony USA w czasie pierwszej kadencji George'a W. Busha. Na pozór bełkotliwa, a jednak - zaskakująco trafna.

Innemu Donaldowi towarzyszy z pewnością świadomość, że na drodze do prezydentury przeszkodą będą dla niego nie tylko "znane niewiadome" (czyt. Kaczyńscy), ale i "nieznane niewiadome", a więc wydarzenia, których ani nie może się spodziewać, ani się na nie przygotować. Jako że taktykę względem braci Kaczyńskich Tusk opanował już prawie perfekcyjnie (niepoślednią rolę odgrywa w niej duet Niesiołowski-Palikot), to właśnie od reakcji względem sytuacji niespodziewanych zależą dalsze polityczne losy dzisiejszego szefa rządu.

W ostatnich miesiącach nastąpiły trzy ważne wydarzenia, które doprowadziły do sporego zamieszania w konsekwentnie budowanej strategii Donalda Tuska i Platformy. Są to: kryzys gospodarczy, sprawa Krzysztofa Olewnika, zabójstwo polskiego inżyniera w Pakistanie. Na każdym z tych pól rząd doznał przynajmniej wizerunkowej porażki.

Kryzys. Tutaj sprawa jest najtrudniejsza do rozsądzenia, albowiem nie wiadomo, czy sukces odniesie polska strategia (ograniczanie wydatków budżetowych w celu zapobieżenia spadkowi wiarygodności polskich papierów skarbowych, co oznaczałoby zwiększenie kosztów obsługi zadłużenia), czy strategia - mówiąc oględnie - pozapolska (pompowanie pieniędzy w gospodarkę). Racjonalne do pewnego stopnia są przy tym tłumaczenia rządu, iż zwłoka w obwieszczaniu kryzysu podyktowana była chęcią zapobieżenia niepokojom na rynku. Porażka Tuska polega tu nie na tym, że rząd manipulował opinią publiczną, ale że do tej manipulacji musiał się przyznać.

Sprawa Krzysztofa Olewnika. Zawiodło zarządzanie w sytuacji kryzysowej po samobójstwie w więzieniu jednego z oskarżonych w sprawie Olewnika. Dymisja ministra sprawiedliwości była krokiem nietrafionym, który wynikał być może z politycznego nieobycia samego Zbigniewa Ćwiąkalskiego. Porażką wizerunkową były gorączkowe poszukiwania następcy, którym został ostatecznie Andrzej Czuma. Profesorowie, widząc losy swego kolegi po fachu, odmówili. Ale fakt, że Platforma nie posiadała w odwodzie nie jednego, a przynajmniej kilku potencjalnych kandydatów na tak ważne stanowisko, źle świadczy o niej, jako o partii inteligenckiej.

Zabójstwo Polaka w Pakistanie. To porażka najbardziej oczywista i nie tylko wizerunkowa, bo w barbarzyński sposób zamordowany został człowiek. Polskie państwo okazało się słabe. Tutaj znów są jednak niewiadome, o których nie wiemy i raczej wiedzieć nie będziemy (jak lubią mówić politycy - "kuchnia wywiadu"). Oceńmy zatem to, o czym wiemy, a więc zachowanie premiera i ministrów przed i po informacji o śmierci polskiego inżyniera. Donald Tusk wcielający się w rolę twardego szeryfa, który nie będzie negocjował z terrorystami (mowa była o niepłaceniu im, jednak w tym kontekście tak właśnie odebrać było można wystąpienie premiera), zapędził się i gorzko dziś żałuje swoich słów. Porażką było wystąpienie ministra Czumy, który wywołał dyplomatyczny skandal, oskarżając rząd Pakistanu o współpracę z terrorystami. Andrzej Czuma sam w sobie okazuje się być może największą porażką wizerunkową rządu, czego ostatnim przykładem prasowe oskarżenia o niepłacenie długów.

W sprawie pakistańskiej klęskę poniosły zresztą wszystkie partie, które głosowały za rozwiązaniem WSI, a także te z nich, które umożliwiły Antoniemu Macierewiczowi demontaż naszych służb. Dziś po prostu wiemy, jaka jest cena szaleńczych czasów IV RP.

Donald Tusk jest - wedle doniesień prasowych - wściekły. Po roku względnie spokojnego rządzenia przychodzi mu zmierzyć się z rzeczami, których nie mógł przewidzieć. To świetna okazja, by przekonać obywateli, że jest dobrym kandydatem na urząd głowy państwa. Wiemy dziś, że nie wiemy, czy Tuskowi uda się tego dokonać.
11:37, imponderabilium , Polska
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 grudnia 2008
Samuel Huntington (1927-2008)
W wieku 81 lat zmarł jeden z najbardziej znanych współczesnych politologów.

Huntington zasłynął artykułem, a później książką "Zderzenie cywilizacji", w której podkreślał, że różnice kulturowe i religijne, prowadzące do ukształtowania się odrębnych kręgów cywilizacyjnych, będą główną siłą, popychającą poszczególne państwa do wojny. Teza ta zyskała na aktualności po 11 września 2001 roku - dzieło Huntingtona było wtedy na ustach wszystkich.

Obok Francisa Fukuyamy był jednym z najpopularniejszych i najczęściej cytowanych badaczy globalnej polityki. A także - podobnie jak Fukuyama, z którego "Końcem historii" polemizował własnie w "Zderzeniu cywilizacji" - jednym z tych myślicieli, których dzieła wywoływały nierzadko sprzeciw i kontrowersje.
20:20, imponderabilium , Politologia
Link Komentarze (2) »
czwartek, 11 grudnia 2008
Pochwała Jadwigi Staniszkis
Z profesor Jadwigą Staniszkis można zgadzać się lub nie. Można wytykać jej skłonność do posługiwania się właściwą sobie wersją "heglowskiego bełkotu", gdy mówi o pewnych koncepcjach socjologicznych, jakby były one powszechnie znane i zrozumiałe. Jednak nie można zarzucić jej jednego: chęci pójścia na analityczną łatwiznę.

Nawiązuję oczywiście do poruszanej tutaj parę dni temu skłonności występujących w mediach politologów - a także samych mediów - do rozpatrywania wydarzeń politycznych w kategoriach marketingowych. Staniszkis stara się wejrzeć w pozamarketingowe motywacje aktorów politycznych, nie pozwalając sobie na to, by sympatie i antypatie ideologiczne przesłoniły zasadniczy aspekt, jakim jest relacja między podmiotem, instrumentem i przedmiotem władzy.

Wczoraj Staniszkis udowodniła to raz jeszcze w rozmowie z Moniką Olejnik. Pomimo wyraźnej chęci dziennikarki, by rozmowę skierować na łatwe i przyjemne dywagacje, czy nie podpisując traktatu lizbońskiego Lech Kaczyński liczy na poparcie elektoratu radiomaryjnego etc., pani profesor mówiła o niepomiernie ważniejszym aspekcie całej sprawy, a mianowicie o ustrojowych rozwiązaniach traktatu, którym przeciwny może być prezydent Kaczyński.

W przekonaniu Staniszkis, prezydent może nie chcieć wzrostu znaczenia unijnej biurokracji, kosztem osłabienia roli reprezentacji państw narodowych. Staniszkis uważa zresztą, że jest to myślenie błędne, albowiem - i tu powtarza niejako głoszoną od dawna tezę - Polska powinna zabiegać o patronat tejże struktury urzędniczej przeciwko najsilniejszym państwom Unii. Krytykowała ona zresztą kiedyś Tuska, że myśli po staremu, upatrując takiego patrona w którymś z większych państw UE - przede wszystkim w Niemczech.

O ile bardziej interesująca jest ta perspektywa, od opisywanej wcześniej, spłaszczającej i symplifikującej wszystkie polityczne różnice do walki o elektorat. Staniszkis stara się dostrzec koncepcje i konstrukcje polityczne, stojące za działaniami aktorów i osobiście wcale nie sądzę, że próbuje doszukać się czegoś, czego nie ma. To wszyscy ci, którzy uproszczają analizę rzeczywistości politycznej odpowiadać będą za zanik takich koncepcji, obniżając politykom poprzeczkę do poziomu sprawności komunikacyjnej czy retorycznej.

Staniszkis wymaga od polityków więcej.
10:37, imponderabilium , Politologia
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 grudnia 2008
Klaus jak Hácha
Pożałowania godny jest incydent z udziałem eurodeuptowanych, goszczących u czeskiego prezydenta Vaclava Klausa.

Klaus porównał zachowanie swoich rozmówców i wysuwane przez nich żądania do stosunków z czasów komunizmu. Przyznam się, że moim pierwszym skojarzeniem było osławione spotkanie Hitlera z Emilem Háchą z marca 1939 roku, i to wcale nie ze względu na to, że Cohn-Bendit i Poettering są Niemcami, a Klaus - Czechem. Po prostu użyte sformułowania świadczą o niesamowitej arogancji i pogardzie wobec czeskiego prezydenta (którego eurosceptycyzmu, rzecz jasna, nie podzielam), czego nie tłumaczy ani różnica zdań w sprawie traktatu lizbońskiego, ani nie usprawiedliwia żaden inny polityczny powód. W zjednoczonej Europie tak rozmawiać nie wolno.

Wielki wstyd.
13:57, imponderabilium , Komentarz
Link Komentarze (3) »
czwartek, 04 grudnia 2008
Realpolitik czy reality show?
Charakterystyczne dla politologów jest dziś rozpatrywanie wydarzeń politycznych wyłącznie w kategoriach marketingowych. Działania aktorów są w tej perspektywie poznawczej podporządkowane wyłącznie zyskaniu poparcia elektoratu. I każda metoda jest tu dobra, także ta polegająca na uciekaniu się do inwektyw na niespotykaną dotąd skalę.

Oczywiście ta "niespotykana dotąd skala" jest pojęciem względnym. Za każdym bowiem razem, gdy ten czy inny polityk wyskoczy z jakimś odkrywczym bluzgiem ("łże-elity", "cham", niegdyś "pornogrubasy" itd.), media rozpalają się do białości, prześcigając się w doniesieniach na ten, jakże ważny dla opinii publicznej temat. Pal licho media! Gorzej, gdy swym autorytetem logikę taką uprawomocniają politolodzy i inni specjaliści "od kreowania wizerunku".

Marek Migalski i inne politologiczne "zwierzęta medialne" na gorąco, już w kilkanaście minut po tej, czy innej wypowiedzi, tym czy innym przecieku, dokonują na życzenie dziennikarzy oceny danego zdarzenia, zwracając uwagę na jeden aspekt: kto na tym zyska (poparcie), a kto straci. Politycy - czy może raczej ich PR-owskie zaplecze - błyskawicznie dopasowali się do takiego właśnie sposobu relacjonowania wydarzeń i rzeczywiście zaczęli kłaść nacisk nie tylko na odpowiednią oprawę swych wystąpień politycznych, ale również na kreację korzystnych marketingowo zdarzeń, układających się w tzw. narrację. Zadziałał więc mechanizm samospełniającej się przepowiedni, tym groźniejszy, że powodujący powstawanie swoistej medialnej "nadrzeczywistości", niemającej wiele wspólnego z prawdziwymi problemami mechanizmów władzy.

A przecież politologia to nie tylko polityczny marketing, nie tylko wąsko traktowana retoryka (nie bez kozery Platon i Arystoteles niechętnie patrzyli na sofistów), nie tylko erystyka, które to elementy, owszem, są immanentną częścią nauki o relacjach władzy (czyli politologii właśnie), ale tylko do pewnego momentu. Mówiąc ściślej: są istotne na etapie relacji pomiędzy rządzącymi a rządzonymi, który - co może zabrzmi kontrowersyjnie - jest ważny w demokracji parlamentarnej tak naprawdę co kilka lat.

Kierowanie się przez polityków bieżącymi rankingami popularności - do czego sprowadza się analizowanie każdego zdarzenia z perspektywy marketingowej - stanowi zaprzeczenie demokracji przedstawicielskiej, w której kadencyjność służyć ma, między innymi, zabezpieczeniu organów władzy przed bieżącymi wahaniami woli powszechnej. "Sondażokracja", czy "marketingokracja" doprowadzają więc do powstania swoistej nadpodaży demokracji. Jest to niekorzystne z tego względu, że rządzenie nie polega wyłącznie na czynieniu rzeczy przyjemnych dla rządzonych. Nawet jeśli rzeczy te nie są nieprzyjemne, bardzo często są na tyle "niemedialne", że rządzący, stojący przed wyborem pomiędzy efektywną, acz nieefektowną reformą a działaniem niezwykle widowiskowym, choć pozbawionym znaczenia, wybiorą w naturalny sposób to drugie.

Zdziczenie obyczajów, osiągające ostatnio "niespotykaną dotąd skalę", jest więc zasługą czy winą nie tylko polityków, ale i akompaniujących im mediów oraz (tak, tak) politologów i inych analityków, których sposób objaśniania rzeczywistości sam w sobie podporządkowuje się wymogowi medialności. Oczywiście próba zmiany tego stanu rzeczy przez politologów jest z góry skazana na porażkę. Swoisty determinizm technologiczno-medialny wyłącza z debaty publicznej wszystko, co nie jest dopasowane do formuły medialnej dominującego środka przekazu. Rozwój Internetu na niewiele się zda - o ile proces selekcji treści rzeczywiście odbywa się tu z większym udziałem odbiorcy, o tyle charakter przekazu wymusza skrótowość i pobieżność informacji, albowiem zdolność koncentracji użytkownika jest coraz niższa.

Chciałbym zakończyć jakimś optymistycznym akcentem, ale niestety go nie znajduję. Pozostaje mieć nadzieję, że zdolności adaptacyjne demokracji liberalnej, o których system ten przekonał nas już nie raz w ostatnich kilkudziesięciu latach, nie pozwolą na doprowadzenie do stanu, w którym wektory pomiędzy Realpolitik a politycznym reality show osiągną zupełnie przeciwstawne zwroty. Inaczej bowiem powrót z "wakacji od życia", na których zdajemy się niekiedy przebywać, zakończy się wielkim wstrząsem.
13:20, imponderabilium , Politologia
Link Komentarze (1) »
czwartek, 06 listopada 2008
Kiedy Obama zostanie prezydentem?
Jak wiadomo, inauguracja nowego prezydenta USA odbywa się w styczniu, a więc ponad dwa miesiące po wyborach. Tymczasem Barack Obama nazywany jest już prezydentem-elektem. Jednak według amerykańskiej konstytucji nie zasługuje jeszcze nawet na to miano!

A to z prostego faktu, że nikt jeszcze Obamy nie wybrał! Przypomnijmy - chociaż na kartach do głosowania widniały nazwiska kandydatów na prezydenta, wyborcy wyłonili tak naprawdę jedynie skład kolegium elektorskiego. Dopiero elektorzy dokonują wyboru prezydenta. W tym roku uczynią to 15 grudnia.

Wybory niedemokratyczne?

Jest to system na tyle skomplikowany, że pozwolę sobie nieco rozwinąć wątek elektorów. Po pierwsze, jest ich tylu, ilu przedstawicieli w obu izbach kongresu posiadają wszystkie stany oraz trzech z Dystryktu Kolumbii, a więc w sumie 538. Co ciekawe, mieszkańcy Dystryktu, a więc obszaru, w którym położony jest Waszyngton, prawo udziału w wyborach prezydenckich uzyskali dopiero w 1961 roku, na mocy 23. poprawki do konstytucji. W poprawce tej zacznaczono również, że liczba elektorów z tego terytorium nie może przekroczyć liczby elektorów przysługującej najmniej ludnemu ze stanów.

Tutaj smakowita uwaga dla przeciwników Ameryki: z pewną dozą przekory stwierdzić można, że wybory amerykańskie nie spełniają standardów demokratycznych. Ilość głosów elektorskich (a zatem i miejsc w Izbie Reprezentantów) jest obliczana na podstawie liczby ludności, badanej w spisach powszechnych co 10 lat. Jednak sposób przydziału miejsc jest wielce skomplikowany i liczba mieszkańców przypadająca na jednego reprezentanta jest bardzo zróżnicowana (a konstytucja mówi jedynie, że na 30 tys. mieszkańców nie może przypadać więcej, niż 1 przedstawiciel). Dlatego też naruszona zostaje tutaj wyborcza zasada równości materialnej - waga głosu wyborcy z Wyoming jest 4 razy większa, niż waga głosu wyborcy z Texasu, albowiem w pierwszym ze stanów 1 elektor przypada na 174 tys. mieszkańców, a w drugim - na 703 tys.

Przydział miejsc i głosowanie kolegium elektorskiego

Po drugie, każdy w każdym ze stanów proces nominacji elektorów wygląda nieco inaczej. Niekiedy wybierani są oni w partyjnych prawyborach, innym razem o ich wskazanie prosi się sztaby samych kandydatów na prezydenta. Efekt jest jednak ten sam - każda z partii posiada listę elektorów, popierających określonego kandydata.

Po trzecie, we wszystkich (poza dwoma) stanach, zwycięstwo danego kandydata prezydenckiego oznacza, iż tylko "jego" elektorzy wchodzą w skład kolegium. Innymi słowy - zwycięzca bierze wszystko. Jedynie w Maine i Nebrasce przydziela się miejsca elektorskie w zależności od wyników w poszczególnych okręgach, przy czym kandydatowi, który w skali stanu otrzymał największą liczbę głosów, przydzielonych zostaje też dwóch dodatkowych elektorów.

Nieistniejące ciało

Po czwarte - i, być może, najbardziej zaskakujące - kolegium elektorskie nigdy się nie spotyka. A mówiąc precyzyjniej - jego członkowie spotykają się osobno w każdym ze stanów. Termin spotkania przypada - zgodnie z pogmatwaną amerykańską tradycją na "pierwszy poniedziałek po drugiej środzie grudnia". W tym roku - na 15 grudnia. Na spotkaniu tym dochodzi do głosowania, a więc wskazania przez elektorów zwycięzcy w danym stanie.

Choć teoretycznie każdy elektor głosuje na kandydata, którego jest reprezentantem (a niekiedy po prostu zobowiązuje go do tego prawo), zdarzały się w historii pojedyńcze przypadki złamania tej zasady. Nigdy nie zaważyły one jednak na zwycięstwie lub przegranej któregoś z kandydatów. A musi on, jak zapewne wszyscy już zdążyli się nauczyć, zdobyć przynajmniej 270 głosów elektorskich.

A jeśli prezydent-elekt umrze?

Dopiero od momentu wskazania przez kolegium elektorskie zwycięzcy, uzyskuje on prawo do określenia prezydent-elekt. I nie jest to, wbrew pozorom, tylko czcza formalność. 20. poprawka do konstytucji mówi, że w razie śmierci prezydenta-elekta prezydentem zostaje wiceprezydent-elekt, który ma prawo pełnić urząd przez całą kadencję. Jeżeli jednak zwycięzca wyborów umrze przed głosowaniem kolegium, elektorzy mogą w praktyce zagłosować na dowolną osobę!

Przedostatnim aktem wyboru prezydenta jest odbywające się 6 stycznia wspólne posiedzenie obu izb kongresu, na którym dochodzi do oficjalnego przeliczenia głosów elektorskich i ogłoszenia nazwiska nowego prezydenta. Wreszcie, 20 stycznia, dochodzi do jego inauguracji i zaprzysiężenia.
14:30, imponderabilium , Świat
Link Komentarze (2) »
środa, 05 listopada 2008
Jak przegrywać
To już banalne i do bólu przewidywalne, trudno jednak nie zachwycić się stylem, w jakim Republikanie żegnają się z władzą.

John McCain pokazał raz jeszcze, że jest wybitnym politykiem, na którego nie zasłużyli gwiżdżący i buczący republikanie.



A znienawidzony George W. Bush zaprosił państwa Obamów do Białego Domu:

http://www.whitehouse.gov/news/releases/2008/11/20081105.html

Przypomnijmy, że w naszym kraju po zwycięstwie PO rok temu, prezydent zamknął się w pałacu (i w sobie).
17:12, imponderabilium , Polska i świat
Link Komentarze (1) »
Zwycięstwo symboliczne
Jesteśmy świadkami wydarzenia o historycznym i symbolicznym znaczeniu. Przełamaniu uległa zasada, że prezydentem USA zostać może tylko biały mężczyzna. Ameryka przypomniała światu, że nadal jest "land of opportunity", nawet jeśli ostatnie lata nadszarpnęły jej prestiż.

Nie ukrywam, że kibicowałem Johnowi McCainowi, i to na długo zanim został on oficjalnie nominowanym kandydatem Partii Republikańskiej. Równocześnie nie była dla mnie wielkim zaskoczeniem droga Baracka Obamy do uzyskania nominacji Demokratów - pamiętałem bowiem niezwykle inspirujące przemówienie, wygłoszone przez nieznanego wówczas polityka na konwencji partyjnej w 2004 roku. Nigdy też, inaczej niż większość krytyków, nie twierdziłem, że Obama jest za mało doświadczony, a przez to niebezpieczny jako ewentualny prezydent.

Stałem natomiast na stanowisku, że niezwykle trudno będzie Obamie przebić się przez "szklany sufit", związany oczywiście z kolorem jego skóry. Na szczęście ukryty rasizm Amerykanów nie odegrał roli, jakiej mogliby USA życzyć zawistnicy.

Dlatego nawet jeśli John McCain, którego uważałem za lepszego kandydata - przynajmniej do momentu ogłoszenia Sarah Palin kandydatką na wiceprezydenta - przegrał, nie dołączę do grona złorzeczących, że oto świat się skończył, a Amerykanie wybrali "celebrity" zamiast doświadczonego polityka. Obama jest szansą na poprawę wizerunku USA na świecie, jednak nie oznacza to, że polityka nowego prezydenta będzie o 180 stopni odmienna od polityki Busha.

Zapomnijmy jednak na moment o wyzwaniach, którym sprostać będzie musiał prezydent Obama. Historyczny i symboliczny charakter jego dzisiejszego zwycięstwa być może z perspektywy wielu lat przyćmi wszelkie ewentualne osiągnięcia jego prezydentury. I właśnie dzięki temu Ameryka sama pozostanie symbolem i obietnicą, w której stronę zwracają się oczy ludzi na całym świecie.
08:02, imponderabilium , Świat
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17